W zeszłym tygodniu sama padłam ofiarą magii wprowadzonej znakiem B36, który ustawiono w strefie zamieszkania, w której postój dozwolony jest tylko w miejscach wyznaczonych. Dziś czytam, że w Gdańsku doszło do wypadku, w którym urazu kręgosłupa doznała studentka Akademii Muzycznej, która podobnie do tysięcy innych przechodniów, przechodziła przez coś, co wygląda jak przejście dla pieszych na skrzyżowaniu ulicy Toruńskiej i Chmielnej.

Zgodnie z wyjaśnieniami zarządcy dróg miejskich, przyczyną problemu może być nieznajomość przepisów o ciągach pieszych i pierwszeństwie zależnym od strony poruszania się poszczególnych uczestników ruchu. Jako #adwokat twierdzę, że najprostszym rozwiązaniem jest stosowanie starych i sprawdzonych przejść dla pieszych, które mają jednoznaczne oznakowanie, a nie niszowych rozwiązań znanych wyłącznie specjalistom, którzy i tak mają wątpliwości, co do stosowanych rozwiązań.

Biorąc pod uwagę ogólnie obowiązujące programy ochrony niechronionych uczestników ruchu, należałoby z planów organizacji ruchu wyeliminować wszelkie niejednoznaczne rozwiązania, które przede wszystkim wprowadzają w błąd pieszych, czyli niechronionych uczestników ruchu. Ma być jednoznaczne, że po wejściu na przejście, pieszy ma pierwszeństwo. Nie powinno być tak, że zanim wejdziemy na ciąg dla pieszych musimy zorientować się, która droga jest główna, a która podrzędna.

Dla przypomnienia, Gdańsk szczyci się zlikwidowaniem tysięcy znaków i wprowadzeniem znaków, które nie znajdują podstawy prawnej w rozporządzeniu określającym wzory znaków. Kto odpowie za kolejne wypadki w tak niejednoznacznych przypadkach? Urzędnik kierujący działem inżynierii ruchu? Prezydent miasta jako osoba zarządzająca ruchem?

Co ciekawe, raport NIK w sprawie oznakowania dróg nie pozostawia suchej nitki na drogowcach. Szkoda, że nie czują tego w Gdańsku, i obciążają studentkę winą. Jeżeli zgłosi się do mnie, postaram się zrobić wszystko, by jej sytuacja nie tylko się nie powtórzyła, ale dodatkowo, by zmieniono oznakowanie na w pełni jednoznaczne.